czwartek, 12 lutego 2015

Lwów - miasto na styku kultur. Koszty podróży po Ukrainie.

Z braku czasu i ciężko przyznać, ale także z lenistwa blog zaczynał umierać śmiercią samotną. Koniec egzaminów jednoznacznie łączy się z jego wskrzeszeniem i wreszcie nadszedł czas żeby go trochę dopieścić, może nie tyle treścią, za to dużą dawką zdjęć.

Parę osób domagało się informacji, o tym ile kosztował nas cały wypad na Ukrainę, dlatego zrobimy małe podsumowanie i opiszemy ostatnią część podróży.

Zaczniemy na opak, czyli od podsumowania. Jeśli koniecznie chcesz się ruszyć z domu, zwiedzić i poznać inny kraj, ale aktualnie Twój portfel raczej nie jest wypchany kasą, Ukraina to świetna destynacja dla Ciebie. Wypad nad Morze Czarne może wyjść taniej niż wypoczynek nad naszym Morzem Bałtyckim.


 Lwowski Stary Rynek.

Fakt, że kilka nocy spędziliśmy w pociągu wpłynął nieco na obniżenie kosztów. I tak, przejazdy Lwów-Odessa, Odessa-Kijów, Kijów-Lwów wyniosły równe 93,21 zł. Biorąc pod uwagę odległość jaką pokonaliśmy - nie jest to wielki wydatek. Bilet na marszrutkę to koszt około 5zł. Do tego jeszcze podróż Bydgoszcz-Przemyśl,Przemyś-Bydgoszcz i bilety wstępów, na które wydaliśmy jakieś 15 złotych. Każdy z nas zapłacił za cztery noclegi po 62 zł. Można oczywiście wydać więcej i spędzić noc w pięciogwiazdkowym hotelu.

Jeśli wybieracie się do Lwowa, polecamy Old City Hostel, gdzie nocleg kosztował 24 zł, zlokalizowany w samym centrum zadowoli największych leniuchów. W Odessie za trzyosobowy pokój zapłaciliśmy razem 40 zł, a w Kijowie koszt jednego noclegu wyniósł nas 12 zł - tutaj pokoje oraz główne wejście do hostelu nie posiadały takiej opcji jak zamykanie na klucz, czy nawet na klamkę. Jedyne drzwi, które dało się zakluczyć, były drzwiami do łazienki. Recepcjonistki nie znały angielskiego, a wszelkie sprawy z turystami załatwiał jeden z gości hostelu - przemiły, niezwykle gadatliwy Ukrainiec, który znał angielski, polski i jeszcze kilka innych języków. Każde spotkanie z nim kończyło się co najmniej półgodzinną rozmową. Mieliśmy wrażenie, że ten starszy, niepozornie wyglądający mężczyzna ma pojęcie dosłownie o wszystkim. Zaskakiwał nas pytaniami o jakieś niszowe polskie zespoły heavy-metalowe czy nihilistycznych poetów, a jego wiedza na temat europejskiego futbolu, była naprawdę szeroka. Chociaż hostel wysokiego standardu nie miał, to spotkaliśmy tam dość ciekawych ludzi,których teraz wspominamy z uśmiechem. Drugiego dnia do hostelu wpadł szalony Japończyk w trampkach -nic szczególnego gdyby nie było 5, jeśli nie 10 stopni mrozu. Na samym wejściu skarżył się recepcjonistce, że stał dwie godziny pod hostelem, ponieważ na zawnątrz budyku nie ma żadnej informacji, gdzie dokładnie znajduje się hostel. Adres podany na stronie prowadzi na dziedziniec ogromnej kamienicy i tutaj zaczyna się problem. Gdybyśmy nie trafili na pomocnego Ukraińca, sami spędzilibyśmy godziny na poszukiwaniach. Jeśli chodzi o Japończyka okazało się, że leciał z Jamajki do Stambułu, a w Kijowie nieszczęśliwie zaginął mu bagaż, przez co zdecydował się kontynuować podróż pociągiem już w innym kierunku, i tak bilet do Lwowa zarezerwował mu niezawodny jak zawsze starszy Ukrainiec. Mimo wszystkich minusów hostelu i dziwnych sytuacji, było naprawdę zabawnie.



Lwów to miasto, w którym krzyżują się tradycje i historia wielu kultur, położenie na styku wschodu i zachodu jest zauważalne w każdym miejscu starówki. Widoczne jest świadectwo wciąż żywej Polskości pod postacią pomnika Mickiewicza czy Katedry Łacińskiej i zamieszkującej jej okolice licznej grupy Polaków oraz kilkunastu kościołów zmienionych obecnie w cerwkie prawosławne i grekokatolickie. Nie można też zapominać o miejscach tak ważnych dla polskiej historii i kultury jak pałace zasłużonych dla Polski rodów jak Lubomirscy czy Potoccy, budynku wydawnictwa Ossolineum czy miejsca spoczynku wielu znamienitych Polaków, czyli Cmentarza Łyczakowskiego, na który niestety nie starczyło nam czasu. Orientalną perłą we Lwowie jest zachwycająca Katedra Ormiańska czy Cerkiew Bractwa Wołoskiego. Nieco dalej znajduje się wspaniały prawosławny Sobór św. Jura, a zainteresowani tematem odnajdą tam również synagogę. Cały ten tygiel kulturowy powoduje, że Lwów posiada niesamowitą atmosferę, wciąż tak Polską, a jednak zupełnie odmienną od tej, którą możemy poczuć w naszych miastach.




Wieża cerkwi wołoskiej i kaplica Trzech Świętych Hierarchów, poniżej jej wnętrze.




Dzwonnica katedry ormiańskiej.



 Bogato zdobione prezbiterium katedry ormiańskiej z połowy XIV wieku.


Synagoga.

Miasto oprócz niesamowitego klimatu zachwyca też kunsztem architektonicznym, a wspomniane wcześniej miejsca trudno opisać słowami, dlatego zdecydowaliśmy się na dużą liczbę zdjęć. Do skarbów Lwowskiej starówki, o których muszę jeszcze wpomnieć należą z pewnością jeszcze trzy miejsca. Pierwsze to Opera Lwowska, której eklektyczny gmach wspaniale zamyka oś widokową Prospektu Swobody -najważniejszej ulicy lwowskiej starówki. Drugie miejsce to położony nieopodal pojezuicki Kościół św. Piotra i Pawła, a dokładnie jego ciemne, kunsztownie zdobione wnętrze, które zostało otwarte dla zwiedzających dopiero w 2011 roku, a od zakończenia II Wojny Światowej było magazynem książek Ossolineum. Ostatnia ze skarbów, jest manierystyczna grobowa Kaplica Boimów, znajdująca się nieopodal prezbiterium Katedry Łacińskiej, której fasadę trudno opisać słowami.


Opera Lwowska.




Kościół Jezuitów. 




Kaplica Boimów.

Teraz może opowiemy o tym jak wyglądało nasze zwiedzanie Lwowa. Pociąg zatrzymał się na głównej stacji około piątej rano, przez co kolejne dwie i pół godziny spędziliśmy w pizzerii, a naszą jedyną atrakcją było obserwowanie tubylców. Kiedy wzeszło słońce udaliśmy się w stronę starówki mijając po drodze ogromną historyzującą bryłę kościoła św. Elżbiety. Potem nadszedł czas na Sobór św. Jura, wpisany na listę UNESCO wraz z lwowską starówką i wzgórzem zamkowym. Kontynuując spacer obejrzeliśmy m.in budynek Ossolineum i zachwycający pałac Potockich.



Kościół św. Elżbiety.




Zachwycająca fasada soboru św. Jura o poranku.



Patrząc na pałac Potockich, czujemy się jak przeniesieni nad Loarę.

Lwowska starówka jest niezwykle zwarta i przemierzenie jej zajmuje tak naprawdę kilkanaście minut, a kilka godzin wystarczy na jej dokładne zwiedzenie. Lwów jest jednak miastem, które warto polecić nie na odhaczenie, ale na kilkudniowy wypoczynek. Starówka zachwyca w każdym swoim zakątku, jest naprawdę zadbana, choć jak wszędzie znaleźć można obdrapane budynki.




Z wysokiej wieży przytłaczającego rynek Ratusza doskonale widać zwartość starówki.



Cerkiew Przemienienia Pańskiego.


 Przepiękne zestawienie błękitu i złota w cerkwi Przemienienia Pańskiego.



Barokowa bryła kościoła Dominikanów, a poniżej jego wnętrze.



Dzień zakończyliśmy wspinaczką na wzgórze zamkowe i kopiec Unii Lubelskiej, z którego roztacza się wspaniała panorama miasta.

Po tym wszystkim udaliśmy się do miejsca z którego cała nasza trójka wyszła zadowolona, a chłopaki, gdyby nie mieli tak opchanych brzuchów skakali by z radości. Była to restauracja - jesz ile chcesz za 12 zł. Ten wspaniały przybytek znajduje się na ulicy Teatralnej, niedaleko Opery, nazwy niestety nie zapamiętaliśmy. Restauracja oferuje cały szereg przepysznych pierogów na słono i słodko, które pochłonęliśmy w niesamowitej ilości. Do tego kilka rodzajów dań mięsnych, ryby, zupy, sałatki, zakąski i słodkie wypieki. Warto w tym miejscu wspomnieć o specjale wschodniej kuchni jakim jest zupełnie niepopularne u nas “sało” czyli marynowana na różne sposoby słonina, która dosłownie kruszy się w ustach i jest popularna jako zakąska do mocniejszych trunków. Do tego wszystkiego najlepszym akompaniamentem jest piwo Lwowskie, którego kilka gatunków zadowoli każdego smakosza, na dodatek jego cena waha się w granicach 1 zł w sklepach do około 2-4 zł w restauracjach.



 Gotyckie, zbarokizowane wnętrze katedry Łacińskiej.


Lwowski rynek z widokiem na katedrę Łacińską.


Klasztor Benedyktynek.


Drugi dzień przeznaczyliśmy na zwiedzenie reszty starówki i kupienie kilku pamiątek, gdyż już około godziny 13:00 musieliśmy udać się na marszrutkę, której kursowanie stało pod znakiem zapytania, gdyż był to 6 stycznia, czyli prawosławna wigilia. Po drodze dokonaliśmy jeszcze monopolowych zakupów i tu warto zaznaczyć, że litr wódki kosztuje zaledwie 16 zł, jednak niestety tylko tyle można legalnie przewieźć przez granicę.

  


Kościół Karmelitów Bosych.





Jedna z pierzei rynku


Około godziny 15:00 dojechaliśmy do Szegini. Po pobieżnej kontroli granicznej, mając wiele szczęścia co do minuty zdążyliśmy na PKS zmierzający do Przemyśla.


Targ starych książek. 


 Kamienica Królewska, zwana małym Wawelem, należała m.in do Jana III Sobieskiego.




poniedziałek, 12 stycznia 2015

Po prostu Kijów.

Po dwóch dniach w zasypanej śniegiem Odessie przyszedł czas by ruszyć w stronę Kijowa. Kilkunastogodzinna podróż ukraińskimi pociągami zdecydowanie przypadła mi do gustu. Przejechanie prawie 700 kilometrów kosztowało nas około 100 hrywien, czyli jakieś 20 złotych. Czasami w środku było zbyt gorąco, ale lepiej żeby ogrzewanie działało, niż szwankowało. Kiedy pociąg odjechał, zaparzyliśmy sobie herbaty, zjedliśmy zupki, a gdy zrobiło się późno, migiem oczy lepiły mi się do snu. Zwiedzanie Odessy od rana do wieczora było na tyle wyczerpujące, że tego dnia nie miałam żadnych problemów z natychmiastowym zaśnięciem.

Pierwsze wrażenie w Kijowie zrobił na nas dworzec centralny. Wikipedia podaje, że obsługuje on 170 000 pasażerów dziennie. Jest ogromny, a jego wnętrze zaskakuje. Oprócz głównej hali na parterze znajduję się także darmowa poczekalnia, a na pierwszym piętrze dwie wielkie płatne poczekalnie. Nasi sąsiedzi skrupulatnie dbają o porządek na dworcach. Ochroniarze i milicjanci pilnują np. żeby nie siadać na parapetach, sama się zapomniałam i szybko dostałam reprymendę. Bezlitośnie traktują również bezdomnych, którzy w mig zostają wyrzucani na zewnątrz. Podobno na Ukrainie fotografowanie dworców czy stacji metra jest zabronione. Można mieć przez to kłopoty lub zwyczajnie ochrona dworca może poprosić o usunięcie zdjęć. Nie chcieliśmy ryzykować, dlatego zrobiliśmy kilka ujęć. ;)


Kijowskie metro robi duże wrażenie, jest najgłębiej położonym metrem na świecie, a stacja Arsenalna jest najgłębiej położoną stacją - aż 105 metrów pod ziemią. Jeden żeton kosztuję 2 hrywny czyli około 50 groszy i pozwala na dowolną liczbę przesiadek. 


Stolica Ukrainy naszpikowana jest wspaniałymi zabytkami architektury. Zaczęliśmy od spaceru reprezentacyjną aleją Chreszczatyk, a po kilku minutach znaleźliśmy się na słynnym z minionych wydarzeń Majdanie Niezależności. Plac mimo, że został doprowadzony do porządku, wciąż daje odczuć emocje jakie tu niedawno panowały. Wzdłuż jego krańców ustawione są symboliczne groby poległych z kostek brukowych, na które wciąż donoszone są świeże kwiaty i znicze. Nad placem góruje kolumna Berehyni upamiętniająca odzyskanie niepodległości. 




Z Majdanu skierowaliśmy swoje kroki w kierunku Soboru Sofijskiego, na nasze nieszczęście u jego bram ulokowano jarmark świąteczno-noworoczny i tłumy ludzi skutecznie utrudniały zwiedzanie. Za jego bramą na szczęście było już luźniej.


Dzwonnica, będąca zarazem bramą do Soboru Sofijskiego.




Wpisany na listę Unesco, Sobór Sofijski zachwyca zwłaszcza oryginalnym XI wiecznym wnętrzem ozdobionym mozaikami i freskami. Z zewnątrz budowla ulegała znacznym przebudowom i restauracjom w XVII wieku, a następnie szczęśliwie została przekształcona w muzeum, dzięki czemu uniknęła wysadzenia w czasach rządu bolszewików. 




Monaster św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach na drugim końcu alei, został wysadzony i odbudowany dopiero pod koniec lat 90-ych.


Malowniczo położona na wzgórzu Cerkiew św. Andrzeja, której zielone dachy górują nad doliną Dniepru.


Następnie chcąc nie chcąc musieliśmy powoli wracać do hostelu, bo było już dość ciemno i zimno. Przedzierając się przez tłum kijowian bawiących się na jarmarku dotarliśmy jeszcze do zrekonstruowanej Złotej Bramy, pozostałości po średniowiecznych murach Kijowa.

Drugi dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie kolejnego cudu Ukrainy, jakim jest Ławra Peczerska. Jest to ogromny kompleks klasztorny i najświętsze miejsce Ukraińców. Powstawał od XI wieku, składa się z Ławry Górnej i Dolnej, które usiane są cerkwiami i całą masą innych zabudowań klasztornych. Górna przeznaczona jest na muzeum, w Dolnej za to cały czas obecni są mnisi. Cały zespół klasztorny też widnieje na liście Unesco. 


Widok na Górną Ławrę.


Sobór Uspieński i Wielka Dzwonnica.




Cerkiew Nadbramna Świętej Trójcy - główne wejście do Ławry.


Wnętrze Cerkwi Wszystkich Świętych.

Największą atrakcją Dolnej Ławry są znajdujące się pod nią pieczary. Miejsce życia i wiecznego spoczynku mnichów. Są to tunele drążone w zboczu Dniepru, niekiedy nawet dwadzieścia metrów pod ziemią. Zwiedzanie ich jest możliwe tylko ze świecami i są nieco przerażające, gdyż wśród wąskich na szerokość jednej osoby korytarzy w niszach ustawionych jest kilkadziesiąt szklanych trumien kryjących szczątki świętych mnichów. Pod ziemią znajduje się również kilka małych cerkwi. 


Panorama Dolnej Ławry i Dniepru.

Z Ławry poszliśmy pod pomnik Matki Ojczyzny znajdujący się na terenie Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Monument przytłacza swoim rozmiarem i góruje nad okolicą, ma prawie sto metrów wysokości.
 

Ostatni dzień w Kijowie postanowiliśmy poświęcić na zobaczenie dzielnicy Padół. Przewodnik opisywał ją jako dzielnicę artystów, a ulicę na nią prowadzącą porównał do paryskiego Montmartre. Było to nieco na wyrost, jednak Padół zaimponował nam swoją prawdziwością. Cerkwie przeplatały się tu z obdrapanymi kamienicami, między którymi kursują wiekowe tramwaje. 


Z pozdrowieniami dla Szumiego.


Cerkiew Opieki Matki Bożej na Padole.



Cerkiew św. Mikołaja na Dnieprze.

Zabytki Kijowa zachwycają i z pewnością są warte odwiedzenia, samo miasto jednak przeraża swoim ogromem, gigantycznymi blokowiskami. Mieszka tu prawie trzy miliony ludzi i z każdego punktu widokowego, aż po horyzont widzimy szare dwudziestopiętrowe wieżowce.